W kształcie góralskiego
W kształcie góralskiego kierpca. — I ciekawe... że teraz, gdy widzę brzuch mojej żony w ciąży — wraca mi przed oczy wspomnienie tego konia. Wiem, że to nie ma sensu... ale takie dziwne a uporczywe skojarzenie... wie pan — patrzę na brzuch żony i myślę o tym, że tam jest nasze, moje dziecko — i muszę jednocześnie myśleć o tym koniu, o wojnie, o śmierci — i to o jakiejś głupiej, brzydkiej, niepotrzebnej śmierci. To zdaje się nazywają psychologowie... — ...obsesją. Tak. Właśnie. Ja mam taką obsesję od tego dnia. A przecież cieszę się, że będziemy mieli dziecko, przecież będzie nowe życie zamiast śmierci. Tak. Sam pan widzi, że w tym wypadku życie zatriumfuje nad śmiercią. Nie będzie już pan myślał 0 śmierci — będzie pan musiał myśleć o swoim upragnionym dziecku, będzie się pan troszczyć o to, by zachować to nowe życie, by je chronić... Za drzwiami pokoju Nosków dał się słyszeć szelest, po czym drzwi się uchyliły, zajrzała Noskowa — zdeformowana, zmęczona kobieta o szczupłej twarzy 1 włosach nieporządnie włożonych pod chustkę. — Przepraszam — zwróciła się do mnie — chciałam prosić męża — chodź na chwilę, Janku. Zdawało mi się, że widzę na jej twarzy skurcz bólu. Może się zaczyna. Po chwili Nosek wrócił. Zamknął drzwi i stanął przede mną w całej swej niezgrabnej bryłowatości. — Ma pierwsze bóle — powiedział. — Co robić? Był wzruszająco bezradny w tej chwili. Robił wrażenie dużego dziecka. W ręce trzymał zgaszonego „Junaka\". Zapomniał o paleniu. — No, to dobrze, że skończy się to wyczerpujące czekanie. Trzeba iść do akuszerki. No, do tej... tej... Medoniowej, czy jak jej tam. Żona jej za nic nie chce. Muszę iść do Grochowskiego. Jeszcze nie ma konieczności. Jak bóle się spotęgują i będą już częstsze. Przecież do niego parę kroków. Spokojnie, wszystko się uda. Panu dobrze tak mówić — westchnął. — Pana to niewiele obchodzi. Ale mnie... ale ja — poprawił się — wie pan, to ciekawe. Nigdy, nawet na wojnie, nie byłem tak zdenerwowany. Pan się więcej przejmuje niż żona — zażartowałem. Ażeby pan wiedział. Więcej. Po tylu latach to dziecko. Ach, panie, pan tego nie może zrozumieć. Piętnaście lat bez dziecka. I teraz jest. Żeby tylko wszystko dobrze poszło... Kolację zjedliśmy w kuchni, bo Noskowa po kąpieli położyła się do łóżka. Zaraz po kolacji Nosek poszedł do doktora Grochowskiego. Wrócił jeszcze bardziej zdenerwowany. — Fatalnie się składa — zaczął od progu. — Grochowski ma zapalenie płuc. Ma prawie czterdzieści stopni gorączki. Mowy nie ma, żeby mógł przyjść. Chyba pójdę po Medoniową. Ach, cóż za pech. Szczerze mu współczułem, ale nic nie mogłem poradzić. Tymczasem Noskowa poczęła się skarżyć na coraz mocniejsze bóle. Mąż nie miał odwagi powiedzieć jej o tym, że doktor Grochowski nie przyjdzie. Może bym poszedł do Kazimierzy, do doktora Zaremby — wpadł nagle na pomysł. — To jakiś bardzo dobry lekarz. Przyjechał niedawno ze wschodu. Teraz? A o godzinie policyjnej pan zapomniał? Chyba nikogo nie spotkam. Noc ciemna. Trzeba by się nad tym zastanowić. Ale w takim razie musiałby pan najpierw zawołać akuszerkę, bo chyba nie uważa mnie pan za odpowiednią pomoc dla pańskiej żony w takim momencie. Zresztą po takim błocie będzie pan szedł te dziesięć kilometrów przeszło dwie godziny. Z powrotem przyjedzie pan z lekarzem na furmance. Noskowa co chwila odwoływała męża z mojego pokoiku. Czuła się coraz gorzej. Była bardzo zdenerwowana, siłą tłumiła w sobie nerwowy płacz. Koło dziesiątej Nosek zdecydował się zawołać Me-doniową. Poszedł po nią i sprowadził ją wkrótce. Kobiety zamknęły się w pokoju. Nosek znów zapukał do mnie. Medoniowa nie radzi mi iść do Kazimierzy,
Poprzedni - Opowiedzenia. „Jacyś\" (oczywiścieNastępny - Bo w Topoli